 | Jean GenetPokojówki |
Sławny dramat nie mniej słynnego pisarza-dezertera, złodzieja, wieloletniego więźnia i skandalisty. Pokazany po raz pierwszy przez Louisa Jouveta w 1947 roku gęsty arcytekst na trzy głosy kobiece: dwie służące i Panią, które bez przerwy zamieniają się swoimi wieloznacznymi osobowościami i ukazują względność reakcji i osądów. Tekst powstał w oparciu o głośną we Francji w latach 30. sprawę sióstr Papin, mimo, że jego autor stanowczo temu zaprzeczał. Sztuka ukazuje niejednoznaczną i głęboką dramatyczną relację chlebodawczyni i jej pracownic - połączonych tyleż wzajemnymi potrzebami co nienawiścią. Autentyczne wydarzenia i ich okrutny konkret przekształcił Genet w celną i przejmującą metaforę - poruszającą i stale domagającą się refleksji. Ceny biletów: normalne 22 zł ulgowe 16 zł
Premiera: 27.01.2006Czas trwania: 1 godz.20min.
Obsada:Recenzje:Katarzyna Kachel, Kajdanki z pereł, /Gazeta Krakowska nr 25/, 30.01.2006
(...) Wszystko to staje się możliwe dzięki niezwykle precyzyjnemu przekazaniu tekstu Geneta. Józef Opalski, wbrew teatralnym modom, przeczytał go słowo po słowie, przefiltrował przez siebie i poprowa[...]
...(...) Wszystko to staje się możliwe dzięki niezwykle precyzyjnemu przekazaniu tekstu Geneta. Józef Opalski, wbrew teatralnym modom, przeczytał go słowo po słowie, przefiltrował przez siebie i poprowadził aktorki przez jego meandry tak, że nie słychać tu żadnej fałszywej nuty, a wszystko układa się w jednorodną kompozycję pozwalającą widzowi na własną, bardzo indywidualną interpretację. Dzięki temu, poddając się płynącym ze sceny napięciom, poczułam niemal dosłownie dotyk stali policyjnych kajdanek i gładkość nanizanych na sznur pereł.
Janusz R. Kowalczyk, Wielopiętrowy koncert pozorów, /Rzeczpospolita nr 26/, 31.01.2006
(…) W "Pokojówkach" zawarł historię dwóch sióstr służących u zamożnej Pani. Pod jej nieobecność wchodziły zarówno w jej suknie, jak i rolę. Ceremonia przebywania w świecie pozorów pomagała im przetrwa[...]
...(…) W "Pokojówkach" zawarł historię dwóch sióstr służących u zamożnej Pani. Pod jej nieobecność wchodziły zarówno w jej suknie, jak i rolę. Ceremonia przebywania w świecie pozorów pomagała im przetrwać życiowe upokorzenia. Ujawniała chęć poprawy własnego losu -uwolnienia się od zależności. (…) Widowisko Opalskiego ma w sobie to, co teatr ukochał: wielopiętrową grę pozorów. Zabawę konwencjami. Nakładanie kolejnych masek. Obnażanie człowieka w jego anarchicznym dążeniu do nieskrępowanej wolności, za którą nieodwołalnie czai się śmierć. I koncert pierwszorzędnych ról. Natalia Strzelecka rewelacyjnie oddała dwoistość kobiecej natury: świętej z domowego ołtarzyka i równie wyniosłej, jak wyuzdanej Pani. Dorota Godzic (Solange) miała popisową scenę jako służąca,która prostuje zgięty kark - jednak dopiero dzięki sławie morderczyni. Majstersztykiem była Claire w wykonaniu Joanny Mastalerz, kiedy spod maski odgrywanej przez nią Pani mimochodem przezierało prostactwo posługaczki. (…)
Jacek Wakar, Rytuały nienawiści, /www.polskieradio.pl/, 15.02.2006
(…) Jest w rolach z krakowskich Pokojówek w Teatrze im. Juliusza Słowackiego to, na co zawsze czekam, kiedy siadam na widowni. Ostateczne odkrycie się aktorek, kiedy stają przede mną w całej swej bezb[...]
...(…) Jest w rolach z krakowskich Pokojówek w Teatrze im. Juliusza Słowackiego to, na co zawsze czekam, kiedy siadam na widowni. Ostateczne odkrycie się aktorek, kiedy stają przede mną w całej swej bezbronności, odrzucając wypróbowane sposoby, gierki, zostawiają warsztat. Czystość i wzruszenie tym większe, że przecież chwilę wcześniej, zanim opadły te maski, na scenie trzy na trzy metry trwało coś na kształt małego grande spectacle. Pokojówki odgrywały swoją zabawę w śmierć. Scena była ich, pełna mocnego grania szerokim – czasem do przesady – gestem, mocnym głosem, przerysowaną intonacją. Gdy po takim tour de force zostawi się to wszystko, by stanąć przed widownią jak nago, ja patrzę i mam poczucie, że dostałem dar. Jest przedstawienie Opalskiego o tym i o tamtym, jak Pokojówki Geneta. O tym, jak w człowieku rodzi się potwór i zaczyna swe rytuały. O tym, że nie ma siły, by te ceremonie przerwać i nawet śmierć niczego tu nie zmieni. Po prostu zamiast trzech zostaną dwie kobiety, i tyle. O tym, że nie ma dokąd uciec, kiedy zostaje się sam na sam ze sobą. Bo dookoła pustka, świat bez ciepła i bez Boga. (…)Wielkie zwycięstwo inscenizacji w Bramie, Józefa Opalskiego i jego aktorek polega na tym, że one są w tym przedstawieniu z krwi i kości, z całą urodą, a czasem błyskiem wulgarności, ale dotknąć ich nie można. Jakby należały do innego świata, innego porządku. Teatr jest przed oczami, jedno mignięcie i znika. Mały, bezradny i piękny, choć morderczy jak Genet. Iluzja tym razem boli, nie daje przestać pamiętać.
| |