Teatr Słowacki w Krakowie
EN | PL
Tajemnice Wesela
Bolesław Śmiały
Rabacja
Zemsta
szklanepaciorki
Teatr w Krakowie. Prolog
Wyzwolenie
Plastiki
Strona główna Aktualne spektakle Archiwum spektakli
 
Aktualności Repertuar Spektakle Zespół Teatr Galeria Bilety

Archiwum spektakli

Obsady premierowe przedstawień po 1945 roku

William Shakespeare

Tragedia Makbeta

przekład: Stanisław Barańczak
reżyseria: Redbad Klijnstra
scenografia: Joanna Kaczyńska
kostiumy: Joanna Kaczyńska
muzyka: Jan Duszyński
reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk
asystent reżysera: Maciej Kowalik
inspicjent : Agata Schweiger
dramaturgia: Robert Blacker
reżyser video: Karol Rakowski

Jedna z najsłynniejszych sztuk geniusza ze Stratfordu doczekała się ogromnej ilości realizacji scenicznych i filmowych, a także rozmaitych wariantów interpretacyjnych, adaptujących jej tekst do konkretnych okoliczności historycznych. Reżyser spektaklu Redbad Klijnstra proponuje jednak podejście zgoła odmienne. Jest to próba spojrzenia na utwór Szekspira z dzisiejszej perspektywy, poprzedzona jednak uważną lekturą, poszukującą źródłowego sensu tekstu. Współpraca reżysera z wybitnym badaczem Makbeta, amerykańskim dramaturgiem Robertem Blackerem, zaowocowała odkrywczą, a jednocześnie wierną zamysłowi autora interpretacją, dzięki której arcydzieło Szekspira nie tylko ujawnia swoje zapomniane warstwy, lecz okazuje się jeszcze bardziej aktualne, niż sądzono dotychczas.

 

 

ceny biletów

normalne

I miejsca 45 zł

II miejsca 40

ulgowe

I miejsca 35 zł

II miejsca 25 zł

III miejsca20 zł

(Balkon II piętro do 11 do 54 miejsca)

 

Premiera: 25.09.2010

Czas trwania: 220 minut


Obsada:

Makbet:   Radosław Krzyżowski (gościnnie)
Duncan:   Tomasz Międzik
Donalbain:   Krzysztof Piątkowski
Banquo :   Marcin Sianko
Macduff:   Tomasz Wysocki
Lady Macduff:   Joanna Mastalerz (gościnnie)
Rosse:   Tomasz Augustynowicz
Lenox:   Przemysław Chojęta (gościnnie)
Dama dworu :   Anna Sokołowska
Lekarz:   Małgorzata Ząbkowska-Kołodziej
Dziwna siostra :   Dorota Godzic
~   Ewa Worytkiewicz (gościnnie)
Dziwna siostra:   Katarzyna Zawiślak-Dolny
Morderca :   Karolina Kominek (gościnnie)
~   Rafał Sadowski
~   Sławomir Rokita
Odźwierny:   Marian Dziędziel
Vel X:   Feliks Szajnert
Seyton :   Jerzy Światłoń
syn Macduffa :   Antek Kuźmiński
syn Macduffa:   Jakub Łoboda
Fleance, syn Banqo :   Paweł Repetowski
oraz:   Halina Jarczyk
~   Łukasz Bułas, Marcin Dusza, Jerzy Gabryel, Piotr Mędrek, Marcin Michalski, Waldemar Szostek

Recenzje:

Paweł Głowacki, "Pan w chłopięcej marynarce", /Dziennik Polski /, 27.09.2010

«Od początku jest dziwny. Niewielki, pod szarym krawatem, w grzecznej marynarce od szkolnego mundurka, wciąż chowający po kątach swe przepraszające spojrzenia zlanego deszczem psa. Cichy jak żebracza [...]

...

«Od początku jest dziwny. Niewielki, pod szarym krawatem, w grzecznej marynarce od szkolnego mundurka, wciąż chowający po kątach swe przepraszające spojrzenia zlanego deszczem psa. Cichy jak żebracza pokora.

Łysy, o obliczu, którego sedna nie umiem uchwycić. Twarz mężczyzny, w którym wciąż tańcuje chłopiec? Buzia nastoletnia, co ją od spodu przyszłe gorycze zżerać zaczęły przedwcześnie? I jeszcze jedna dziwność. On, jeden z dwóch synów króla Duncana, od zarżnięcia którego Makbet rozpocznie mordowanie świata, oto on, Malcolm, niby pochodzi z plemienia władzy, niby od urodzenia żyje na szczycie, oddycha powietrzem wybranych i uczy swoje nogi zawiłości wysokich ścieżek, słowem - wszystko zdaje się być, jak Pan Bóg przykazał. Niby tak. Owszem - lecz dlaczego nie do końca tak?

Dlaczego od prologu wyreżyserowanej przez Redbada Klijnstrę "Tragedii Makbeta", kiedy to zgromadzeni przy monstrualnym stole o blacie jak przekrój jaja członkowie plemienia władzy mówią coś, czekając na wieści z pola bitwy, co ma zadecydować o wszystkim - Malcolm jest na scenie tak, jakby marginesem był, obcym ciałem, cichą niewygodą, drzazgą pokorną, kłopotem, którego jeszcze nikt nie dostrzega, a który już dzierga w łysej głowie trujący scenariusz? Zważywszy całość - inaczej zapytam. Dlaczego Klijnstra dzieli swój czterogodzinny seans na Grzegorza Mielczarka w roli Malcolma, w roli lodowatej samotności Malcolma, i na całą resztę?

To jest pytanie o sens całości. Rzecz jasna, podział taki sugerując - przesadzam. Z drugiej strony - jak nie przesadzać, skoro pierwszy, dwugodzinny akt, to w istocie jest wielkie kruszenie ciemności "Makbeta" za pomocą wiadomych technik. Wiedźmy zmienione w głupawe pielęgniarki, ongiś zwane w szkołach "pigułami". Banquo (Marcin Sianko) paradujący z plastikowym wozem strażackim pod pachą. Duncan (Tomasz Międzik), który po swej śmierci pieje w bocznej loży angielskie songi. Kamery, projekcje, mikrofony, puzon, elektryczne klawisze, bęben, cymbałki, barek z aluminium, jeszcze papierosek, jeszcze znana pieśń Marleny Dietrich, jeszcze to, śmo i owo. No i para główna, Makbet (Radosław Krzyżowski) i Lady Makbet (Dominika Bednarczyk), diabli wiedzą, wedle jakich reguł, niczym króliki kicające z nastroju w nastrój - raz wściekli, raz katatoniczni, tu wrzeszczący, tam klepiący tekst prawie na biało. Wystarczy.

Tak oto defraudują się szekspirowskie przerażenia. Gorycze nabierają zabawnej słodyczy. Ciemności obracają się w garść miodowych pastylek do ssania na chore gardło. I co? Pomagają! Jan Błoński rzekł: "Biesy" Dostojewskiego strach czytać, co dopiero oglądać w teatrze. To samo z "Makbetem". Tyle że "Makbeta" Klijnstry ogląda się przyjemnie. Przyjemnie, bo bezpiecznie. (Ciemność w śliniaku - co złego może zrobić?). Aż do początku aktu drugiego.

Tu scena rozmowy Malcolma z Macduffem (Tomasz Wysocki). Scena fenomenalna. Słowo po słowie, gest po geście - słodycz opuszcza szekspirowską gorycz, miodowe pastylki na powrót zlepiają się w czerń trudną do udźwignięcia. Tak gra Mielczarek - jakby tytuł brzmiał "Malcolm". Czy pokazując papierowość bajecznego "Makbeta" Klijnstra na śmierć mnie zanudza po to, by oznajmić, że ciemności tych, którzy przyjdą po śmierci Makbeta, już nie będą potrzebowały wiedźm, by zatańczyć na żyłach świata rytualnie bezradnego? I że ciemnościom wystarczy chłód spokojnej kalkulacji tego mózgu, w którym siedzą, pokornie czekając na pretekst?

Być może mam rację, być może nie. Ambitny bałagan w czterogodzinnym seansie Klijnstry jest jak dla mnie zbyt zawadiacki, bym się przy swoim miał upierać oślo. A poza tym - nawet jeśli się mylę, powyższymi pytaniami sugerując taki, a nie inny sens całości, z "Makbeta" Klijnstry i tak zostaje mi w pamięci grzeczna samotność pana o twarzy bez wieku, który na boku buczącego świata układa w gładkiej głowie trujący dla świata scenariusz swego losu. Tylko to. I jeszcze zawrotne minuty prologu drugiego aktu, kiedy wiedźmy są już zbędne, a filigranowy pan pod szarym krawatem i w marynarce od szkolnego mundurka, słowo po słowie, gest po geście staje się lodowatym cynizmem uśmiechniętej władzy. Mielczarek gra tak, że strach to oglądać, a co dopiero przypominać sobie później.»

 

 

 

 

 

 

Elżbieta Konieczna, Tragedia Makbeta, /Miesiąc w Krakowie/, 27.09.2010

Szekspir i Barańczak są dla siebie samowystarczającym tandemem. Szekspir tak umiał pisać sztuki, że możemy mieć złudzenie, iż portretował nasz czas, w przypadku Makbeta paroksyzmy żądzy władzy – tu i [...]

...

Szekspir i Barańczak są dla siebie samowystarczającym tandemem. Szekspir tak umiał pisać sztuki, że możemy mieć złudzenie, iż portretował nasz czas, w przypadku Makbeta paroksyzmy żądzy władzy – tu i teraz. A Stanisław Barańczak przełożył to takim językiem, że tłumaczenie przylega do dramatu jak rękawiczka z najcieńszej skórki. Chińczycy i Francuzi myślą podobnie jak my: Szekspir pisze o nas. Ale czy mają kogoś takiego jak Barańczak – nie wiem. Taki ktoś, poeta słowa trafia się niezmiernie rzadko.

Tandem Szekspir i Barańczak stanowią potężny background dla teatru. Ale trochę przesadziłam z tą samowystarczalnością. Gdyby posadzić aktorów za olbrzymim stołem (główny rekwizyt scenografii spektaklu w teatrze Słowackiego) i skazać ich na statyczne przekazywania szekspirowskich myśli, nikt z widzów by tego nie przeżył. Słowa trzeba oprawić, doprawi, dosolić… Raj dla reżysera. Może zrobić wszystko. Poubierać aktorów w kaftaniki, T-shirty, albo krynoliny. Pełna dowolność pomysłów. Nie daj Bóg jak się trafi kiepski reżyser.Redbad Klijnstra do tekstu Makbeta ma stosunek nabożny, zasadniczo nie tnie go, ale co nieco od siebie dodaje. Rozsadza go też poczucie wolności. Tu i teraz można wszystko! Zbudować piętrową intrygę związaną z miejscem akcji. Teatr w teatrze. Czwartą ścianą jest obraz z kamery – śliczna bomboniera widowni teatru Słowackiego, czyli my widzowie w lustrze; siadający, wstający, przesiadający się, witający się ze znajomymi.

Parter, loże, wysoko majacząca jaskółka. Za kilkadziesiąt minut kamera sfilmuje widzów wchodzących na przedstawienie do budynku małej sceny Miniatury. Tu i teraz! Zadaje się nieustannie przypominać reżyser. Nie ma potrzeby. To szekspirowski pewnik. Ale jest zabawnie. Mroczny klimat dramatu władzy został zmyślnie rozładowany. Kamera pokaże też na ogromnym ekranie zbliżenia twarzy aktorów w akcji. I to będzie mocna broń tej inscenizacji.

Kostiumy. To wygląda tak, jakby Joanna Kaczyńska poprzebierała całe towarzystwo w ubiory z second handu. Wszelkie materii pomieszanie i w moim odczuciu nie leżą te nieco cudaczne ciuchy na postaciach, jak skóra na psie.

Czego się bał w tym spektaklu reżyser?

Mam wrażenie, że publiczności. Miał przekonanie, że nie wytrzymamy tego Szekspira bez dodatków, upiększeń, uwspółcześnień w rodzaju wijących się przed mikrofonami czarownic, świateł po oczach, dźwięków z zaskoczenia, huków rozsadzających powałę teatru. Było efektownie, ale paradoksalnie siadało napięcie dramatu i co Redbad Klijnstra zdążył na scenie dramaturgicznie zbudować, natychmiast nieco roztrwaniał na teatralne gadżeciarstwo.

Marian Dziędziel, Odźwierny Teatru Słowackiego – postać do spektaklu dopisana – zajął nam całą, domniemaną pierwszą przerwę. Miał swoje pięć minut, zabawnie gadulił z publicznością, przypominał Makbeta Zamkow przed kilkudziesięciu laty wystawionego na tej scenie, jego przydługawy epizod zbierał brawa, po czym uchachana Dziędzielem publiczność przenosiła się w świat zbrodniczych, chorych na władzę postaci. Nie mam nic przeciwko, koncepcja umiejscowienia szekspirowskiej akcji przy placu Świętego Ducha jest spójna, ale spektakl trwa cztery godziny, a mógłby trwać trzy. Reżyser nie okiełznał samego siebie. Pod koniec publiczność już skrzypiała, szeptała, pokasływała i ziewała.

Nudzą mnie drobiazgowe dywagacje, co Szekspir miał na myśli tworząc galerię mocnych, krwistych postaci Makbeta. Wyprodukowano na ten temat tony papieru, a na dobrą sprawę wystarczy tych parę kartek, które kilkadziesiąt lat temu zapisał Jan Kot. Jacy oni są – ta straszna para Makbet i Lady Makbet? Co jest między nimi? Co nimi kieruje? Jest tylu Makbetów, ilu na świecie dobrych aktorów mogących unieść tę rolę. I tyle. Tu na scenie Teatru Słowackiego Dominikę Bednarczyk i Radosława Krzyżowskiego oglądam z zaciekawieniem. Są najmocniejszym atutem spektaklu. To bardzo dobrzy aktorzy. On w dodatku ma szczęście do Szekspira. Debiutował jako Hamlet – najlepszym przedstawieniu Krzysztofa Jasińskiego w teatrze Stu.

 

A więc jakie jest to przedstawienie? Reasumując: wyraziste. Dobrze i łatwo się je ogląda. Czasem rozwleczone ponad miarę, czasem przerysowane, czasem gadżeciarskie…

 

 

 

 

 

 

 

 

Łukasz Maciejewski, ""Makbetowi" nie pomogły ani kamery, ani gadżety", /Polska Gazeta Krakowska nr 227/, 28.09.2010

"Makbet" ma liczbę mnogą. Ilość inscenizacji dramatu Szekspira w ostatniej dekadzie na polskich scenach to temat na osobną, socjologiczną rozprawę. Na pewno "Makbet" jest pojemny. Poza kwestiami oczyw[...]

...

"Makbet" ma liczbę mnogą. Ilość inscenizacji dramatu Szekspira w ostatniej dekadzie na polskich scenach to temat na osobną, socjologiczną rozprawę. Na pewno "Makbet" jest pojemny. Poza kwestiami oczywistymi - dwie wspaniałe role aktorskie, klasa zapisu literackiego - sztuka Szekspira idealnie pasuje do naszych czasów. Walka o władzę, perwersja, szukanie winy, problem bez-dzietności, namiętność, choroba - to tematy stale pojawiające się w mediach i w życiu.

W "Makbecie" doszukujemy się sytuacji granicznych, uniwersalnych, ale i aktualizującego kontekstu, doraźności. Sztuka Szekspira jest zatem wystawiana bardzo często, ale - co równie ciekawe - rzadko z sukcesem. W ostatnich latach, tylko w Krakowie, z "Makbetem" przegrał zarówno Andrzej Wajda (w Starym Teatrze) - infantylnie usiłując zestawiać szekspirowską intrygę z wojną w Iraku, oraz Waldemar Śmigasiewicz (w Bagateli) - dla którego "Makbet" najwyraźniej wydawał się idealnym materiałem na teatralną telenowelę. Najnowsza próba adaptacji "Makbeta" w Teatrze im. Słowackiego w reżyserii Redbada Klijnstry jest znacznie ambitniejsza, ale równie nieudana.

Czasy są złe, ludzie podli, zepsuci, brzydcy i nikczemni. Wszyscy, nie tylko Makbet i jego żona. Główna teza spektaklu Klijnstry nie zachwyca oryginalnością. Podobnie jak forma przedstawienia, która w założeniu miała być zapewne unikatowa i oryginalna, w efekcie jest wtórna i mało czytelna. Nazbyt ewidentne plastyczne inspiracje teatrem Warlikowskiego; natrętne, refrenowe wideorejestracje; nieładne kostiumy osadzone w bezczasie; ścieżka dźwiękowa wzbogacana o szlagiery i podbijające rytm, miarowe uderzenia w bębny - wszystkie te zabiegi są efekciarskie, co dodatkowo wzmacniają kabaretowe mikrobenefisy, w rodzaju improwizacji Odźwiernego - Mariana Dziędziela, aktorsko znakomitej, ale kompletnie wyabstrahowanej z konwencji spektaklu. Nieprzekonujące wydały mi się również próby reinterpretacji postaci Malcolma (Grzegorz Mielczarek) i Macduffa (Tomasz Wysocki). Ambiwalencja w portrecie psychologicznym bohaterów, wypada nie tyle przewrotnie, co żałośnie. Popisowa scena rozmowy Malcolma i Macduffa zamiast budzić przerażenie, zamienia się w autoparodię. Na tak wymęczonym, intelektualnie wątpliwym, formalnie co najmniej dyskusyjnym tle, z tym większą uwagą czeka się na monologi Radka Krzyżowskiego w roli tytułowej. Krzyżowski gra Makbeta w gorączce. Kogoś, kto podejmuje mroczne, pochopne decyzje, ponieważ nie potrafi się skupić. Nie rozważa, nie myśli. Działa impulsywnie: szybko, filmowo. Cały czas pod ostrzałem kamer wideo, mikrofonów, spojrzeń. To Makbet stałego rozmontowywania starych struktur i budowania na ich miejsce nowych, ciągłego rozpoczynania od nowa, traktowania życia jako brudnopisu. Makbet Krzyżowskiego jest spocony, roznamiętniony, nieprzygotowany - do władzy i życia.

 

To nowy Makbet: destrukcyjny, samobójczy, działający w pojedynkę, również dlatego, że z niezrozumiałych powodów i bynajmniej nie z winy Dominiki

Bednarczyk, postać Lady Makbet została w przedstawieniu Klijnstry pozbawiona jakiejkolwiek siły. W przebiegu spektaklu nie ma znaczenia, prawie nie istnieje. Pomysł ekscentryczny i pozbawiony sensu. Tym bardziej, że właściwie w jedynej scenie, w której pozwolono Bednarczyk zagrać cokolwiek, jest wspaniała. Chodzi o somnabuliczny lament morderczyni, która śniąc, spowiada się z grzechów przekraczających miarę jej zepsucia. Dotychczas monolog Lady Makbet wygłaszany był z reguły z ekstatycznym napięciem, często wykrzyczany w histerii. W spektaklu Klijnstry Dominika Bednarczyk mówi szeptem. Jest naiwna, jest niewinna. To Ofelia, która przyjęła maskę Gertrudy. W cienkiej koszulce boi się nocy. Trzyma w dłoniach światło, które z wolna gaśnie. Wtedy sama zgaśnie... Wstrząsająca scena ciszy z udziałem Lady Makbet jest najpiękniejszym fragmentem tego rozkrzyczanego, niefrasobliwego i gadżeciarskiego przedstawienia.

 

Cenię ryzyko w teatrze. Nawet jeżeli eksperyment zdradza jedynie chęć ekscesu, wolę popis od akademickich wypracowań na zadany temat. Również w "Tragedii Makbeta" w reżyserii Redbada Klijnstry doceniam próbę zmierzenia się z tekstem, który przewałkowano już setki razy. Jeżeli zatem ostateczny efekt jest rozczarowaniem, w niczym nie umniejsza to szacunku dla wysiłku podjętego przez zespół. Pomyłki mają znaczenie. Czasami trzeba przegrać, żeby wygrać.»

 

 

 

 

 

 

 

Antoni Buchała, Tragedia Makbeta, czyli gwiazdy i klakierzy., //, 02.11.2010

 Ostatnio byłem na "Tragedii Makbeta" i muszę powiedzieć, że jestem zawiedziony recenzjami, które się ukazały i które Państwo zamieścili w opisie spektaklu. Uważam, że przedstawienie jest dużo lepsze [...]

...

 

Ostatnio byłem na "Tragedii Makbeta" i muszę powiedzieć, że jestem zawiedziony recenzjami, które się ukazały i które Państwo zamieścili w opisie spektaklu. Uważam, że przedstawienie jest dużo lepsze niż by to z nich wynikało. Załączam recenzję, którą napisałem w celach dydaktycznych dla moich uczniów (jestem polonistą w społecznym LO w Libiążu, czasem coś publikuję).

Gdyby Państwo mogli ją zamieścić w charakterze głosu widza, byłbym zaszczycony.

Antoni Buchała

LO Katolickiego Stowarzyszenia Wychowawców

w Libiążu

 

Od końca XX wieku żadne istotne wydarzenie na szczytach władzy politycznej i showbiznesu nie ujdzie wścibskiej obecności kamer i mikrofonów. Władca siedzi w swym gabinecie i o klęskach lub triumfach na polu bitwy dowiaduje się od speców od informacji wojskowej, a potem inni spece inscenizują odpowiednią oprawę medialną dla zakomunikowania tego newsa ludowi. Politycy, poddani presji korzystnego wizerunku, zamieniają się w gwiazdy, a polityka staje się popkulturą, w której liczą się uśmiechy, umiejętne sterowanie emocjami widzów i wiwatujący tłum w tle.

„Tragedia Makbeta” w reżyserii Klijnstry to propozycja konsekwentnego wpisania szekspirowskiej historii w realia znane widzowi politycznych spektakli, odgrywanych przed kamerami i mikrofonami przez – a jakże – aktorów na scenie politycznej.

W pierwszej części spektaklu wszystko ma być normalne: wygrana bitwa, zdrada i śmierć wspólnika, nagroda dla lojalnych współpracowników, zabawkowy samochód dla syna przywieziony przez Banka z wojny. Aktorzy grają w strojach współczesnych, mniej lub bardziej eleganckich, zależnie od okoliczności. Paradoksalnie - nawet chore ambicje Lady Makbet i strach jej męża przed dokonaniem zbrodni są zagrane w sposób przewidywalny, bo przecież dla polskiego widza treść „Makbeta” nie niesie żadnych niespodzianek. Potem tylko ręce umazane krwią i przejęcie władzy według znanego scenariusza: „Umarł król – niech żyje król!”.

Jednak po przerwie wszystko się zaczyna komplikować.

Makbet, zamiast przeżywać psychiczne katusze, zaczyna się zachowywać jak pajac; Malcolm i Macduff, zamiast unosić się świętym oburzeniem, a następnie knuć szlachetną intrygę zemsty na tyranie, upijają się prawie do nieprzytomności, Macduff rechocze w kółko „ty jeszcze nie miałeś kobiety”, jak gdyby tylko to zrozumiał z wypowiedzi Malcolma (czym przypomina niektóre „gwiazdy” naszej telewizji). I tutaj zaczyna się prawdziwa tragedia polegająca, paradoksalnie, na tym, że wcale jej nie ma..

Klijnstra zdaje się sugerować, że w świecie, w którym obracają się bohaterowie dramatu Szekspira przeniesieni w wiek XXI, nie ma już miejsca na tragedię, ponieważ nie ma miejsca na wzniosłe idee i towarzyszące im uczucia, których pochodną jest poczucie tragizmu. A tragizmu też nie ma kto odczuwać, ponieważ jest ono wyłącznym udziałem jednostek szlachetnych. W połowie XX wieku Tadeusz Różewicz pisał, że współczesny świat skreśla przymiotniki; Klijnstra na początku wieku XXI ogłasza, odbywające się właśnie na naszych oczach, pośpieszne skreślanie całego szeregu rzadko używanych rzeczowników: honor, godność, wierność, wstyd, odpowiedzialność, tragizm...W świecie, w którym wszystko jest płaskie i banalne, gdzie zajmowanie wysokiego stanowiska upoważnia do permanentnej zabawy, gdzie polityka to wieczne show, rozterki i wątpliwości topi się w morzu alkoholu, a śmierć, podobnie jak u Mrożka, nie jest niczym nadzwyczajnym, słowo „tragedia” istnieje wyłącznie jako nazwa odpowiednio nagłośnionego w mediach dowolnego wypadku, którym może być zarówno pożar stodoły, jak i śmierć kilkuset tysięcy ludzi w wyniku klęski żywiołowej.

Makbet, jakiego poznajemy na początku, nie pasuje do tego opisu. Autentycznie cieszy się ze zwycięstwa, jest lojalny wobec Dunkana, nie chce zabijać, a po dokonaniu zbrodni wie doskonale, że nie będzie mu się dane cieszyć z korony. Jego osobistą tragedią byłaby zatem konieczność dostosowania się do reguł postępowania obowiązujących w świecie bez tradycyjnie pojętych zasad. I nie ma co ukrywać – poszło mu to dosyć gładko; wystarczyło tylko „znieczulenie” alkoholowe, a potem już tylko kreowanie rzeczywistości za pomocą kamer i mikrofonów. Radosłw Krzyżowski gra tak, jakby udawał emocje, ale chyba właśnie na tym to polega – Makbet Klijnstry właśnie ma być nieautentyczny, bo przecież jest - i chce długo pozostać – gwiazdą, przy której stole będą zasiadać różne celebritys, a głównie o to tak naprawdę chodziło jego żonie.

Formuła, w którą reżyser ubrał wydarzenia drugiej części przedstawienia, jest konsekwencją przyjętego założenia, że bohaterowie to nikczemnicy albo, w najlepszym razie, ludzie bezideowi i byle jacy. W związku z tym jedyną jakością estetyczną, którą da się ten świat opisać, jest groteska, ponieważ tylko ona jest w stanie uzasadnić sprowadzenie patosu do poziomu wulgarności, wzniosłości do błazenady, wyrzutów sumienia do pijackiego bełkotu. Na tragizm w tym świecie miejsca nie ma. I na tym polega prawdziwa tragedia – czy tylko Makbeta? Reżyser odpowiada na to pytanie ostatnią sceną przedstawienia, w której po jednej stronie stołu siedzi Malcolm, rewelacyjnie zagrany przez Grzegorza Mielczarka, a po drugiej stronie – publiczność, czyli my wszyscy. Po chwili światło oświetla wszystkich jednakowo, tak, że nie ma między nami żadnej różnicy. Gwiazdy i klakierzy przy jednym stole, na wspólnej scenie.

 

Maria Anna Piękoś, Makbet’ show, /Dziennik Teatralny Kraków/, 21.11.2011

(...) Dobrze, że Redbad Klijnstra nie bał się zrobić długiego Makbeta – jest to jedna z niewielu realizacji tego dramatu, która nie potrzebuje zbytecznych tłumaczeń. Do spektaklu zostało wybranych w[...]

...

(...) Dobrze, że Redbad Klijnstra nie bał się zrobić długiego Makbeta – jest to jedna z niewielu realizacji tego dramatu, która nie potrzebuje zbytecznych tłumaczeń. Do spektaklu zostało wybranych wielu dobrych aktorów, którzy różnie radzili sobie z zaprezentowaniem swoich ról. Popis gry aktorskiej zaprezentowali przede wszystkim: Tomasz Wysocki (Macduff), Grzegorz Mielczarek (Malcolm), Marian Dziędziel w roli świetnego Odźwiernego, który wpada na scenę ze swoistym intermedium, a także Radosław Krzyżowski (Makbet). Brakowało mi jednak „silnej kobiecej ręki” Dominiki Bednarczyk, której Lady Makbet mnie nie przekonała. Postać Banqua (Marcin Sianko) nie została „wygrana” do końca – dzielny rycerz zajmujący się synem jakby zbladł, złagodniał. Bardzo ciekawie zaprojektowano warstwę dźwiękową przedstawienia. Jan Duszyński przygotował kilka interesujących tematów muzycznych, m.in. werblowe unisono, instrumentalną kakofonię towarzyszącą wróżbie specjalnej, dotyczącej Lasu Birnamskiego. Dobrze została również opracowana reżyseria świateł, scenografia (szczególnie ciekawe okazało się powiększenie sceny). Należy także zwrócić uwagę na intrygujące kostiumy, a przede wszystkim symboliczny płaszcz, który nakłada majestatyczny Makbet – w ostatnich scenach wzmacnia kontrast pomiędzy dawnym królem a kończącym karierę szaleńcem. Video-Art, wykorzystany w celu zwiększenia przestrzeni i dodania drugiego planu, korespondował z akcją na scenie. Tragedia Makbeta jest spektaklem godnym uwagi. Przedstawienie warto obejrzeć, gdy chce się upewnić, że za popełnione zbrodnie zawsze czeka kara.

 
Adres: pl. Św. Ducha 1, 31-023 Kraków centrala: 12 424 45 00, 12 424 45 11, 12 424 45 44 e-mail:
Uwaga: ta strona wykorzystuje pliki cookies. Więcej informacji o celu ich używania i zmianie ustawień przeglądarki znajdziesz tutaj. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie plików cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Czym są pliki "cookie" - „ciasteczka”?


Poprzez pliki „ciasteczka” należy rozumieć dane informatyczne, w szczególności pliki tekstowe, przechowywane w urządzeniach końcowych użytkowników przeznaczone do korzystania ze stron internetowych. Pliki te pozwalają rozpoznać urządzenie użytkownika i odpowiednio wyświetlić stronę internetową dostosowaną do jego indywidualnych preferencji. „Ciasteczka” zazwyczaj zawierają nazwę strony internetowej z której pochodzą, czas przechowywania ich na urządzeniu końcowym oraz unikalny numer.

Pliki cookies, wykorzystywane są w celu: tworzenia anonimowych, zagregowanych statystyk, które pomagają zrozumieć w jaki sposób użytkownik korzysta ze stron internetowych dostosowanie zawartości i wyglądu strony do preferencji użytkownika

Używane ciasteczka na naszej stronie


  1. PHPSESSID - identyfikator sesji użytkownika
  2. PersistentQueueNumber,manageableQueueCookie0,goodsport – przechowuje kolejkę zdjęć
  3. offerclient - sesja klienta
  4. CMS_DEBUG – debugowanie strony
  5. jsltTestCookie – testowe ciasteczko
  6. CookieInfo - informacja o wyświetleniu powiadomienia dotyczącego użycia przez stronę plików cookies
  7. __utmaa, __utmab, __utmac, __utmaz - używane są przez usługę Google Analytics która pozwala na generowanie statystyk strony www
  8. ADMS_ID, storeregion, mbox, georouting_presented, BANNER_TYPE, s_pers, s_vi - adobe.com
  9. x-src, datr - używane przez facebook.com

Zmiana ustawień ciasteczek (cookies) w przeglądarkach:


- Opera
- Firefox
- Internet Explorer
- Chrome
- Safari

Wyłączenie akceptacji ciasteczek znacznie ogranicza funkcjonalność większości podstron witryny.